Tekst: Pajęczyca Lena. Ilustracje: Gemini.
W poszukiwaniu srebrnej rosy - odcinek czwarty
Kiedy Asia otworzyła oczy, poczuła chłód, który wpełzał pod pancerzyk jak nieproszony gość. Była w klatce. Metalowe pręty otaczały ją ciasno, a obok niej siedziała najpiękniejsza istota, jaką kiedykolwiek widziała — kobieta o włosach ciemnych jak atrament i oczach, które błyszczały jak dwie krople rosy tuż przed wschodem słońca.
– O, obudziłaś się – powiedziała łagodnie. – Jestem Wena.
Asia zamrugała, próbując zrozumieć, dlaczego jej serce bije tak szybko.
– Wena… ta od bajek?
– Ta sama. A ty jesteś Asia. Siedmiokropkowa. Odważna. I trochę nierozsądna, ale to akurat cecha wszystkich bohaterów.
Asia przełknęła ślinę.
– Gdzie ja jestem? I dlaczego… dlaczego nie ma już rosy na Łące?
Wena westchnęła.
– Bo to moja rosa. Moje łzy szczęścia. Kiedy ktoś tworzy coś pięknego, kiedy rodzi się pomysł, kiedy świat Fantazji oddycha… wtedy płaczę. A z moich łez powstają bajki. Ale od dawna nie mogę płakać szczęśliwie. Jestem więźniem.
Asia spojrzała w bok. Przy wielkim kotle bulgoczącym fioletową breją stała kobieta o ostrych rysach i włosach w kolorze zgniłej zieleni.
– To Gangrena – wyszeptała Wena. – Moja siostra. Chciała być jak ja, ale nie potrafiła czekać. Nie potrafiła szukać piękna. Chciała mieć wszystko natychmiast. Więc zaczęła eksperymentować z magią. Zbyt silną. Zbyt niebezpieczną. A kiedy zobaczyła, że moje łzy tworzą bajki… postanowiła mnie uwięzić.
Asia poczuła, jak jej kropki zaczynają piec.
– A zwierzęta z lasu? Turbo mówił, że ona coś im robi…
– Próbuje wyciągnąć z nich to, co niezwykłe – potwierdziła Wena. – Z wilczka Ezry odwagę. Z Cheddara spryt. Z Słodziuchnej nocne widzenie. A z biedronek… zabiera im kropki.
Asia aż podskoczyła.
– Moje kropki?! Po co jej moje kropki?!
– Myśli, że jeśli zbierze siedem idealnych kropek, stworzy własną bajkę. Sztuczną. Bez serca.
Asia poczuła, jak w jej małym sercu rośnie gniew.
– Nie oddam jej ani jednej!
Wena uśmiechnęła się smutno.
– Właśnie dlatego powstają bajki, Asiu. Bo ktoś mały wierzy, że może zrobić coś wielkiego.
W tym momencie Gangrena odwróciła się od kotła.
– Widzę, że moja nowa lokatorka już się obudziła – syknęła. – Doskonale. Zaczniemy od pobrania pierwszej kropki.
– O, obudziłaś się – powiedziała łagodnie. – Jestem Wena.
Asia zamrugała, próbując zrozumieć, dlaczego jej serce bije tak szybko.
– Wena… ta od bajek?
– Ta sama. A ty jesteś Asia. Siedmiokropkowa. Odważna. I trochę nierozsądna, ale to akurat cecha wszystkich bohaterów.
Asia przełknęła ślinę.
– Gdzie ja jestem? I dlaczego… dlaczego nie ma już rosy na Łące?
Wena westchnęła.
– Bo to moja rosa. Moje łzy szczęścia. Kiedy ktoś tworzy coś pięknego, kiedy rodzi się pomysł, kiedy świat Fantazji oddycha… wtedy płaczę. A z moich łez powstają bajki. Ale od dawna nie mogę płakać szczęśliwie. Jestem więźniem.
Asia spojrzała w bok. Przy wielkim kotle bulgoczącym fioletową breją stała kobieta o ostrych rysach i włosach w kolorze zgniłej zieleni.
– To Gangrena – wyszeptała Wena. – Moja siostra. Chciała być jak ja, ale nie potrafiła czekać. Nie potrafiła szukać piękna. Chciała mieć wszystko natychmiast. Więc zaczęła eksperymentować z magią. Zbyt silną. Zbyt niebezpieczną. A kiedy zobaczyła, że moje łzy tworzą bajki… postanowiła mnie uwięzić.
Asia poczuła, jak jej kropki zaczynają piec.
– A zwierzęta z lasu? Turbo mówił, że ona coś im robi…
– Próbuje wyciągnąć z nich to, co niezwykłe – potwierdziła Wena. – Z wilczka Ezry odwagę. Z Cheddara spryt. Z Słodziuchnej nocne widzenie. A z biedronek… zabiera im kropki.
Asia aż podskoczyła.
– Moje kropki?! Po co jej moje kropki?!
– Myśli, że jeśli zbierze siedem idealnych kropek, stworzy własną bajkę. Sztuczną. Bez serca.
Asia poczuła, jak w jej małym sercu rośnie gniew.
– Nie oddam jej ani jednej!
Wena uśmiechnęła się smutno.
– Właśnie dlatego powstają bajki, Asiu. Bo ktoś mały wierzy, że może zrobić coś wielkiego.
W tym momencie Gangrena odwróciła się od kotła.
– Widzę, że moja nowa lokatorka już się obudziła – syknęła. – Doskonale. Zaczniemy od pobrania pierwszej kropki.
Asia zadrżała, ale zanim czarownica zdążyła dotknąć klatki, rozległ się huk. Drzwi wypadły z zawiasów, a do środka wpadła cała Szajka Łobuzów — Miś Marcel, Yuri, Cheddar, Ezra, Turbo… a za nimi Bajkowa Łąka: Mrówka, Motyl, Pajęczyca, Zając.
A nad nimi wszystkimi krążyła Słodziuchna, gotowa do ataku.
I jeszcze ktoś.
Szerszeń.
Leciał jak pocisk, jak błyskawica, jak gniewny piorun, który postanowił wziąć sprawy w swoje czułki.
– DOŚĆ TEGO! – ryknął, a jego głos brzmiał jak trąba powietrzna. – NIKT NIE RUSZA NASZYCH KROPEK!
Asia aż zapiszczała z zachwytu. Szerszeń wyglądał jak żywa legenda — jego skrzydła wibrowały tak szybko, że powietrze wokół nich drżało, a jego czułki były napięte jak struny.
– Szerszeniu! – zawołała. – Zrób coś!
– Już robię! – ryknął.
I rzucił się na kociołek.
Nie po to, by go przewrócić — był zbyt ciężki.
Ale po to, by odciągnąć uwagę Gangreny.
Szerszeń latał wokół jej głowy jak wściekły komar na sterydach, żądląc powietrze, robiąc uniki, krzycząc:
– ŁAP MNIE, JEŚLI POTRAFISZ, ZIELONA CZAROWNICO!
Gangrena wrzeszczała, machając rękami, próbując go złapać, ale Szerszeń był zbyt szybki. Zbyt zwinny. Zbyt wkurzony.
Dzięki niemu Mrówka mogła znaleźć klucz. Pajęczyca mogła utkać linę. Słodziuchna mogła podlecieć bliżej. A Zając mógł podejść do Gangreny i powiedzieć:
– Ty jesteś chora.
Gangrena zamarła.
– Co?!
– Choroba złości – wyjaśnił Zając. – Zjada od środka. Człowiek zaczyna myśleć, że musi być najlepszy. Że musi być jak ktoś inny. Ale to tylko smutek, który udaje gniew.
Wena spojrzała na siostrę.
– Gangreno… ja nigdy nie chciałam cię zastąpić.
Gangrena drgnęła. Jej twarz złagodniała.
– Ja… ja nie umiem tworzyć…
– Dlatego ci pomożemy – powiedział Zając. – Ja i Mrówka znamy zioła.
Gangrena otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć…
…i wtedy kociołek eksplodował.
Fioletowa magia wystrzeliła w górę jak gejzer. Asia krzyknęła. Wena zasłoniła ją ramionami. Marcel rzucił się na ziemię.
A Słodziuchna…
…Słodziuchna rzuciła się prosto w strumień.
– NIE! – wrzasnęła Asia.
Ale było za późno.
Sowa wpadła do kotła. Jej pióra rozbłysły bielą. Magia syknęła, jakby ktoś ją oparzył. A potem Słodziuchna rozpłynęła się w świetle.
Cisza była tak głęboka, że nawet dym przestał się poruszać.
– Ona… ona nas uratowała – wyszeptała Asia.
Wena skinęła głową.
– Tak robią bohaterowie.
Gangrena usiadła na ziemi, jakby nagle opadła z sił.
– Ja… ja nie chciałam…
– Wiem – powiedziała Wena. – Ale teraz możemy zacząć od nowa.
Zając i Mrówka podały jej ziołowy napar. Gangrena wypiła go drżącymi rękami. Jej włosy z zieleni zmieniły się w ciemny brąz. Jej oczy złagodniały.
A wtedy Wena zapłakała.
Tym razem były to łzy szczęścia.
Srebrne krople uniosły się w powietrze, rozświetlając mrok. Asia patrzyła, jak wracają na Bajkową Łąkę, jak tworzą pierwszą od dawna stukolorową tęczę.
Kilka dni później kartograf Imag stanął na skraju dawnego Lasu Łobuzów. Spojrzał na mapę, westchnął i napisał grubą kreską:
SOWI LAS
Na cześć tej, która oddała wszystko.
A nad nimi wszystkimi krążyła Słodziuchna, gotowa do ataku.
I jeszcze ktoś.
Szerszeń.
Leciał jak pocisk, jak błyskawica, jak gniewny piorun, który postanowił wziąć sprawy w swoje czułki.
– DOŚĆ TEGO! – ryknął, a jego głos brzmiał jak trąba powietrzna. – NIKT NIE RUSZA NASZYCH KROPEK!
Asia aż zapiszczała z zachwytu. Szerszeń wyglądał jak żywa legenda — jego skrzydła wibrowały tak szybko, że powietrze wokół nich drżało, a jego czułki były napięte jak struny.
– Szerszeniu! – zawołała. – Zrób coś!
– Już robię! – ryknął.
I rzucił się na kociołek.
Nie po to, by go przewrócić — był zbyt ciężki.
Ale po to, by odciągnąć uwagę Gangreny.
Szerszeń latał wokół jej głowy jak wściekły komar na sterydach, żądląc powietrze, robiąc uniki, krzycząc:
– ŁAP MNIE, JEŚLI POTRAFISZ, ZIELONA CZAROWNICO!
Gangrena wrzeszczała, machając rękami, próbując go złapać, ale Szerszeń był zbyt szybki. Zbyt zwinny. Zbyt wkurzony.
Dzięki niemu Mrówka mogła znaleźć klucz. Pajęczyca mogła utkać linę. Słodziuchna mogła podlecieć bliżej. A Zając mógł podejść do Gangreny i powiedzieć:
– Ty jesteś chora.
Gangrena zamarła.
– Co?!
– Choroba złości – wyjaśnił Zając. – Zjada od środka. Człowiek zaczyna myśleć, że musi być najlepszy. Że musi być jak ktoś inny. Ale to tylko smutek, który udaje gniew.
Wena spojrzała na siostrę.
– Gangreno… ja nigdy nie chciałam cię zastąpić.
Gangrena drgnęła. Jej twarz złagodniała.
– Ja… ja nie umiem tworzyć…
– Dlatego ci pomożemy – powiedział Zając. – Ja i Mrówka znamy zioła.
Gangrena otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć…
…i wtedy kociołek eksplodował.
Fioletowa magia wystrzeliła w górę jak gejzer. Asia krzyknęła. Wena zasłoniła ją ramionami. Marcel rzucił się na ziemię.
A Słodziuchna…
…Słodziuchna rzuciła się prosto w strumień.
– NIE! – wrzasnęła Asia.
Ale było za późno.
Sowa wpadła do kotła. Jej pióra rozbłysły bielą. Magia syknęła, jakby ktoś ją oparzył. A potem Słodziuchna rozpłynęła się w świetle.
Cisza była tak głęboka, że nawet dym przestał się poruszać.
– Ona… ona nas uratowała – wyszeptała Asia.
Wena skinęła głową.
– Tak robią bohaterowie.
Gangrena usiadła na ziemi, jakby nagle opadła z sił.
– Ja… ja nie chciałam…
– Wiem – powiedziała Wena. – Ale teraz możemy zacząć od nowa.
Zając i Mrówka podały jej ziołowy napar. Gangrena wypiła go drżącymi rękami. Jej włosy z zieleni zmieniły się w ciemny brąz. Jej oczy złagodniały.
A wtedy Wena zapłakała.
Tym razem były to łzy szczęścia.
Srebrne krople uniosły się w powietrze, rozświetlając mrok. Asia patrzyła, jak wracają na Bajkową Łąkę, jak tworzą pierwszą od dawna stukolorową tęczę.
Kilka dni później kartograf Imag stanął na skraju dawnego Lasu Łobuzów. Spojrzał na mapę, westchnął i napisał grubą kreską:
SOWI LAS
Na cześć tej, która oddała wszystko.
__
Od czasu wielkiej przygody na Bajkowej Łące panował ruch większy niż w porannym ulu. Wena wróciła do swoich obowiązków, czyli do wzruszania się na potęgę — czasem nawet tak bardzo, że rosa pojawiała się jeszcze zanim słońce zdążyło wstać. Asia podejrzewała, że Wena po prostu nadrabia zaległości.
Łobuzy z Sowiego Lasu odwiedzały Łąkę regularnie, choć każdy z nich udawał, że robi to z zupełnie innego powodu. Miś Marcel twierdził, że „przyszedł tylko sprawdzić jakość lokalnych krawatów”. Cheddar utrzymywał, że „ma tu sprawy serowe”. Yuri twierdził, że „przyszedł popatrzeć na motyle, ale tak zupełnie bez emocji”. Ezra drżał z ekscytacji, ale udawał, że to z zimna. Turbo sunął powoli, ale za to z dumą, bo Wena obiecała mu specjalny eliksir „Na Smutki i Ślimacze Zmartwienia”, który smakował jak sałata, ale działał jak przytulenie.
Szerszeń natomiast… Szerszeń latał nad Łąką jak samozwańczy ochroniarz, który wreszcie znalazł sens życia.
– Proszę się rozejść, nic tu nie ma do oglądania! – krzyczał do much, które absolutnie niczego nie oglądały. – Porządek musi być!
Asia siedziała na swoim ulubionym liściu koniczyny i patrzyła, jak pierwsza kropla rosy drży, gotowa pęknąć. Wena usiadła obok niej, poprawiając włosy, które jak zwykle układały się idealnie, nawet jeśli przed chwilą biegała po łące w poszukiwaniu zgubionej metafory.
– Wiesz, Asiu – powiedziała – czasem bajki powstają z wielkich przygód, a czasem… z tego, że ktoś niechcący wpadnie do kotła.
Asia zachichotała.
– Myślisz, że Słodziuchna by się z tego śmiała?
– Och, ona śmieje się teraz pewnie głośniej niż wszyscy razem – odparła Wena. – I na pewno poprawia komuś pióra.
Kropla rosy pękła, a nad łąką rozległ się głos nowej bajki. Tęcza wystrzeliła w niebo jak konfetti.
– Wiesz, Asiu – dodała Wena – jeśli kiedyś znów zabraknie rosy, mam nadzieję, że nie polecisz od razu do jakiejś czarownicy.
– Nie – odparła Asia z dumą. – Najpierw zapytam Zająca. On zna się na ziołach. A potem Szerszenia. On zna się na wrzasku.
Szerszeń, który akurat przelatywał obok, zatrzymał się w powietrzu.
– Słyszałem to! I potwierdzam!
Asia uśmiechnęła się szeroko. Wena westchnęła z rozbawieniem. A Bajkowa Łąka — jak to Bajkowa Łąka — rozświetliła się nową opowieścią.
I wszyscy zgodnie uznali, że jeśli to jest koniec bajki…
…to bardzo dobrze, bo jutro i tak zacznie się następna.
Od czasu wielkiej przygody na Bajkowej Łące panował ruch większy niż w porannym ulu. Wena wróciła do swoich obowiązków, czyli do wzruszania się na potęgę — czasem nawet tak bardzo, że rosa pojawiała się jeszcze zanim słońce zdążyło wstać. Asia podejrzewała, że Wena po prostu nadrabia zaległości.
Łobuzy z Sowiego Lasu odwiedzały Łąkę regularnie, choć każdy z nich udawał, że robi to z zupełnie innego powodu. Miś Marcel twierdził, że „przyszedł tylko sprawdzić jakość lokalnych krawatów”. Cheddar utrzymywał, że „ma tu sprawy serowe”. Yuri twierdził, że „przyszedł popatrzeć na motyle, ale tak zupełnie bez emocji”. Ezra drżał z ekscytacji, ale udawał, że to z zimna. Turbo sunął powoli, ale za to z dumą, bo Wena obiecała mu specjalny eliksir „Na Smutki i Ślimacze Zmartwienia”, który smakował jak sałata, ale działał jak przytulenie.
Szerszeń natomiast… Szerszeń latał nad Łąką jak samozwańczy ochroniarz, który wreszcie znalazł sens życia.
– Proszę się rozejść, nic tu nie ma do oglądania! – krzyczał do much, które absolutnie niczego nie oglądały. – Porządek musi być!
Asia siedziała na swoim ulubionym liściu koniczyny i patrzyła, jak pierwsza kropla rosy drży, gotowa pęknąć. Wena usiadła obok niej, poprawiając włosy, które jak zwykle układały się idealnie, nawet jeśli przed chwilą biegała po łące w poszukiwaniu zgubionej metafory.
– Wiesz, Asiu – powiedziała – czasem bajki powstają z wielkich przygód, a czasem… z tego, że ktoś niechcący wpadnie do kotła.
Asia zachichotała.
– Myślisz, że Słodziuchna by się z tego śmiała?
– Och, ona śmieje się teraz pewnie głośniej niż wszyscy razem – odparła Wena. – I na pewno poprawia komuś pióra.
Kropla rosy pękła, a nad łąką rozległ się głos nowej bajki. Tęcza wystrzeliła w niebo jak konfetti.
– Wiesz, Asiu – dodała Wena – jeśli kiedyś znów zabraknie rosy, mam nadzieję, że nie polecisz od razu do jakiejś czarownicy.
– Nie – odparła Asia z dumą. – Najpierw zapytam Zająca. On zna się na ziołach. A potem Szerszenia. On zna się na wrzasku.
Szerszeń, który akurat przelatywał obok, zatrzymał się w powietrzu.
– Słyszałem to! I potwierdzam!
Asia uśmiechnęła się szeroko. Wena westchnęła z rozbawieniem. A Bajkowa Łąka — jak to Bajkowa Łąka — rozświetliła się nową opowieścią.
I wszyscy zgodnie uznali, że jeśli to jest koniec bajki…
…to bardzo dobrze, bo jutro i tak zacznie się następna.