Tekst: Pajęczyca Lena. Ilustracje: Gemini.
W poszukiwaniu srebrnej rosy - odcinek trzeci
System komunikacji międzyleśnej został opracowany przez bandę łobuzów niemalże do perfekcji, z precyzją, której nie powstydziłoby się NASA, choć dysponował nieco mniejszym budżetem. Jego podstawą i punktem wyjścia był genialny pakt o nieagresji zawarty między naszymi niecnymi antybohaterami a lokalnym Związkiem Zawodowym Ciem, złożonym z czterech wielodzietnych ćmich rodzin. Zasady były proste: sowa Słodziuchna (która mimo swojego uroczego imienia potrafiła być bezwzględnym, bo głodnym terminatorem) obiecała uroczyście przestać traktować ćmy jak latający deser.
W zamian za zachowanie życia ćmy zgodziły się pełnić funkcję komunikacji live, przesyłając rozkazy i plotki między członkami bandy, którzy aktualnie nie znajdowali się w zasięgu ani głosu, ani rzutu szyszką.
Jak wspomniano, system był niemalże doskonały – dopóki nie wschodziło słońce. W dzień ćmy konsekwentnie przechodziły w tryb oszczędzania energii, wypraszając sobie jakąkolwiek aktywność i grożąc strajkiem. Naszej bandzie ten nocny tryb zazwyczaj pasował – większość z nich i tak prowadziła nocny tryb życia.
Niestety, do nocy było jeszcze daleko, gdy w lesie ogłoszono stan wyjątkowy. Działać należało natychmiast. Ćmy zostały siłą wyrwane z drzemek i zwerbowane do nadgodzin. Stawiły się wczesnym popołudniem – mrużąc wielkie oczy, obijając się o drzewa z gracją pijanych pilotów i będąc, jak na ćmy przystało, kompletnie zamotanymi.
Udało nam się przechwycić i spisać oficjalny „Ćmi Raport” z tego pamiętnego popołudnia. Dokument ten przeszedł do historii jako najbardziej chaotyczny zapis w dziejach lasu, głównie dlatego, że połowa meldunków brzmiała po prostu: „Świeca! Lampa! Kaganek, hurra! Jasność widzę, jasność!”.
Oto i on, z pominięciem wszelkich świetlnych, choć prawdopodobnie świetnych, dygresji.
W zamian za zachowanie życia ćmy zgodziły się pełnić funkcję komunikacji live, przesyłając rozkazy i plotki między członkami bandy, którzy aktualnie nie znajdowali się w zasięgu ani głosu, ani rzutu szyszką.
Jak wspomniano, system był niemalże doskonały – dopóki nie wschodziło słońce. W dzień ćmy konsekwentnie przechodziły w tryb oszczędzania energii, wypraszając sobie jakąkolwiek aktywność i grożąc strajkiem. Naszej bandzie ten nocny tryb zazwyczaj pasował – większość z nich i tak prowadziła nocny tryb życia.
Niestety, do nocy było jeszcze daleko, gdy w lesie ogłoszono stan wyjątkowy. Działać należało natychmiast. Ćmy zostały siłą wyrwane z drzemek i zwerbowane do nadgodzin. Stawiły się wczesnym popołudniem – mrużąc wielkie oczy, obijając się o drzewa z gracją pijanych pilotów i będąc, jak na ćmy przystało, kompletnie zamotanymi.
Udało nam się przechwycić i spisać oficjalny „Ćmi Raport” z tego pamiętnego popołudnia. Dokument ten przeszedł do historii jako najbardziej chaotyczny zapis w dziejach lasu, głównie dlatego, że połowa meldunków brzmiała po prostu: „Świeca! Lampa! Kaganek, hurra! Jasność widzę, jasność!”.
Oto i on, z pominięciem wszelkich świetlnych, choć prawdopodobnie świetnych, dygresji.
RAPORT SPECJALNY: OPERACJA „KROPKA”
Nadawca: Wydział Specjalny Dzienny Związku „Ćmy to My, Pierwsze do Zadymy”.
Odbiorca: Kwatera Główna Szajki Łobuzów.
Status: Krytyczny. Wysoki stopień niewyspania.
Warunki pogodowe: Słońce świeci zdecydowanie zbyt głośno.
14:15 – Rozpoczęcie patrolu. Agentka Ćma nr 1 melduje o wykryciu ogromnego źródła energii w sercu lasu.
Korekta: To nie energia, to słońce. Agentka nr 1 oślepła i wpadła w pajęczynę. Akcja ratunkowa odwołana, bo pająk wyglądał na głodnego, a my mamy nadgodziny.
14:32 – Miś Marcel widziany przy strumieniu. Próbuje koordynować grupę, krzycząc do wiewiórki, którą pomylił z Ezrą. Ezra siedzi za krzakiem paproci i trzęsie się tak mocno, że miejscowe wystraszone mrówki ogłosiły alarm o trzęsieniu ziemi. Marcel poprawia krawat co 30 sekund. Meldunek: Szef szajki ma nerwicę i spoconą grzywkę.
14:45 – Słodziuchna przelatuje nad polaną. Wygląda jak rozwścieczona poduszka z dziobem. Próbowała nas zmotywować do szybszego lotu, grożąc, że „dieta bezćmia” to tylko sugestia, a nie prawo. Odnotowano drastyczny wzrost wydajności u ćmiej młodzieży oraz kilka przypadków zemdlenia ze strachu.
15:00 – Incydent z Yurim i Cheddarem. Kocur Yuri skrada się w stronę gęstwiny z gracją godną drapieżnika, po czym potyka się o korzeń i ląduje na Cheddarze. Mysz wydaje dźwięk podobny do nadepniętej myszki-zabawki.
Dialog przechwycony:
– Czy ty to widzisz?! – wrzeszczy Cheddar.
– Co? Kogo? – pyta Yuri, wypluwając mech z pyszczka.
– Cokolwiek! Jakiś czerwony obiekt! Moje oczy widzą tylko plamy!
– To twoje własne bąble, Cheddar. Uspokój się!
15:20 – Obserwacja obiektu „Kropka” zakończona niepowodzeniem. Widziano coś czerwonego na liściu dębu.
Aktualizacja: To nie biedronka. To stara, wyschnięta jagoda. Słodziuchna próbowała ją przesłuchać. Jagoda milczy jak głaz.
15:40 – KONTAKT! Cała Szajka Łobuzów (z wyjątkiem Ezry, który wciąż udaje krzak) dociera do wielkiego liścia łopianu na skraju mrocznej strefy. Na środku liścia siedzi nieruchoma postać. Atmosfera gęstnieje jak krupnik w lodówce.
15:45 – Przesłuchanie Świadka Koronnego: Turbo.
Marcel, Słodziuchna, Yuri i Cheddar otoczyli ślimaka. Drżący Ezra dobił do reszty paczki. Turbo wygląda na jeszcze bardziej smutnego niż rano, choć wydawałoby się to niemożliwe.
Słodziuchna: „Gadaj, kleisty filozofie! Gdzie jest ta siedmiokropkowa wariatka?! Widziałam, jak tu spała, w tym miejscu z nią rozmawiałam!”
Turbo (po czterominutowej przerwie na mrugnięcie): „Odeszła… poleciała… w stronę dymu, do Gangreny… powiedziała, że trzeba latać… a ja… ja tylko tu płaczę, tak bardzo mi smutno…”
Miś Marcel: „W stronę dymu?! Do Gangreny?! Przecież ona ją przerobi na… no, na pewno na nic zgodnego z prawem!”
Cheddar: „Nikt normalny nie idzie dobrowolnie tam, gdzie śmierdzi gangreną!”
Yuri: „Spóźniliśmy się. Marcel, jeśli Gangrena ją dorwie przed nami, nie dostaniemy absolutnie nic za przechwycenie kropek”.
Turbo: „Wiecie, ona chciała mi pomóc! Zapomniała już nawet prawie o tej swojej rosie... A ja jak głupi ją tam wysłałem... Buuuuuuuu!”
16:00 – Turbo chowa się w skorupie. Szajka stoi nad nim, patrząc z przerażeniem w stronę fioletowych wyziewów. My, ćmy, ogłaszamy przerwę na kawę (nektarową). Słońce powoli zachodzi.
Podpisano: Kapitan Mrok Zamotany w Sztok
Koniec raportu
Nadawca: Wydział Specjalny Dzienny Związku „Ćmy to My, Pierwsze do Zadymy”.
Odbiorca: Kwatera Główna Szajki Łobuzów.
Status: Krytyczny. Wysoki stopień niewyspania.
Warunki pogodowe: Słońce świeci zdecydowanie zbyt głośno.
14:15 – Rozpoczęcie patrolu. Agentka Ćma nr 1 melduje o wykryciu ogromnego źródła energii w sercu lasu.
Korekta: To nie energia, to słońce. Agentka nr 1 oślepła i wpadła w pajęczynę. Akcja ratunkowa odwołana, bo pająk wyglądał na głodnego, a my mamy nadgodziny.
14:32 – Miś Marcel widziany przy strumieniu. Próbuje koordynować grupę, krzycząc do wiewiórki, którą pomylił z Ezrą. Ezra siedzi za krzakiem paproci i trzęsie się tak mocno, że miejscowe wystraszone mrówki ogłosiły alarm o trzęsieniu ziemi. Marcel poprawia krawat co 30 sekund. Meldunek: Szef szajki ma nerwicę i spoconą grzywkę.
14:45 – Słodziuchna przelatuje nad polaną. Wygląda jak rozwścieczona poduszka z dziobem. Próbowała nas zmotywować do szybszego lotu, grożąc, że „dieta bezćmia” to tylko sugestia, a nie prawo. Odnotowano drastyczny wzrost wydajności u ćmiej młodzieży oraz kilka przypadków zemdlenia ze strachu.
15:00 – Incydent z Yurim i Cheddarem. Kocur Yuri skrada się w stronę gęstwiny z gracją godną drapieżnika, po czym potyka się o korzeń i ląduje na Cheddarze. Mysz wydaje dźwięk podobny do nadepniętej myszki-zabawki.
Dialog przechwycony:
– Czy ty to widzisz?! – wrzeszczy Cheddar.
– Co? Kogo? – pyta Yuri, wypluwając mech z pyszczka.
– Cokolwiek! Jakiś czerwony obiekt! Moje oczy widzą tylko plamy!
– To twoje własne bąble, Cheddar. Uspokój się!
15:20 – Obserwacja obiektu „Kropka” zakończona niepowodzeniem. Widziano coś czerwonego na liściu dębu.
Aktualizacja: To nie biedronka. To stara, wyschnięta jagoda. Słodziuchna próbowała ją przesłuchać. Jagoda milczy jak głaz.
15:40 – KONTAKT! Cała Szajka Łobuzów (z wyjątkiem Ezry, który wciąż udaje krzak) dociera do wielkiego liścia łopianu na skraju mrocznej strefy. Na środku liścia siedzi nieruchoma postać. Atmosfera gęstnieje jak krupnik w lodówce.
15:45 – Przesłuchanie Świadka Koronnego: Turbo.
Marcel, Słodziuchna, Yuri i Cheddar otoczyli ślimaka. Drżący Ezra dobił do reszty paczki. Turbo wygląda na jeszcze bardziej smutnego niż rano, choć wydawałoby się to niemożliwe.
Słodziuchna: „Gadaj, kleisty filozofie! Gdzie jest ta siedmiokropkowa wariatka?! Widziałam, jak tu spała, w tym miejscu z nią rozmawiałam!”
Turbo (po czterominutowej przerwie na mrugnięcie): „Odeszła… poleciała… w stronę dymu, do Gangreny… powiedziała, że trzeba latać… a ja… ja tylko tu płaczę, tak bardzo mi smutno…”
Miś Marcel: „W stronę dymu?! Do Gangreny?! Przecież ona ją przerobi na… no, na pewno na nic zgodnego z prawem!”
Cheddar: „Nikt normalny nie idzie dobrowolnie tam, gdzie śmierdzi gangreną!”
Yuri: „Spóźniliśmy się. Marcel, jeśli Gangrena ją dorwie przed nami, nie dostaniemy absolutnie nic za przechwycenie kropek”.
Turbo: „Wiecie, ona chciała mi pomóc! Zapomniała już nawet prawie o tej swojej rosie... A ja jak głupi ją tam wysłałem... Buuuuuuuu!”
16:00 – Turbo chowa się w skorupie. Szajka stoi nad nim, patrząc z przerażeniem w stronę fioletowych wyziewów. My, ćmy, ogłaszamy przerwę na kawę (nektarową). Słońce powoli zachodzi.
Podpisano: Kapitan Mrok Zamotany w Sztok
Koniec raportu
Po odlocie zmęczonych i ździebko fochniętych ciem nad polaną zapadła ciężka, pełna wyrzutów sumienia i frustracji cisza. Szajka Łobuzów stała wokół śluzowatego śladu Turbo, wpatrując się w mroczne serce lasu. Jako pierwszy odezwał się Miś Marcel, luzując krawat, który najwyraźniej zaczął go dusić pod wpływem stresu.
– Słyszeliście? „Czy ja mogę ci jakoś pomóc, Turbo?”. Przecież ona ledwo odkleiła nogę od jego śluzu, a już chciała dźwigać jego smutek na tych swoich mikroskopijnych plecach.
– To było… to było strasznie nieprofesjonalne z jej strony – pociągnął nosem Ezra, wycierając drżącą łapą oko. – Kto normalny przejmuje się ślimakiem? Przez nią czuję się teraz jak... jak...
– Jak łotr? – dopowiedział Cheddar. – Bo jesteśmy łotrami, Ezra. Miały być kropki, miały być eliksiry. Gangrena obiecała mi maść na bąble w zamian za siedem idealnych „kropek nad i” w magicznej recepturze. Ale teraz, jak sobie pomyślę o biedronce… te bąble jakoś mniej swędzą, za to serce mnie kłuje.
– Przestańcie piszczeć! – fuknęła sowa Słodziuchna, choć jej pióra nie sterczały już tak agresywnie. – Ta mała kropka poleciała prosto w paszczę zguby. A wiemy przecież, że Gangrena ma już jednego więźnia... Jeśli Asia tam wejdzie, zostanie tylko atramentem w jej kałamarzu.
Miś Marcel dziubał swój krawat, który powoli zamieniał się we frędzelki. Spojrzał na swoich kompanów – bandę poobijanych przez los wyrzutków.
– Słuchajcie, bądźmy realistami. Jesteśmy Szajką Łobuzów, a nie armią zbawienia. Sami nie wejdziemy do rezydencji Gangreny. Ona nas zna. Wie, że boimy się jej cienia. Jeśli pójdziemy tam sami, skończymy jako dekoracje na jej ścianach.
– Więc co? Zostawimy ją? – zapytali wszyscy.
– Nie. Zrobimy coś znacznie gorszego. Coś, co zniszczy naszą reputację na lata. Pójdziemy na Bajkową Łąkę.
Wśród Łobuzów zapadła cisza tak głęboka, że słychać było, jak Turbo trawi liść łopianu.
– Na Łąkę? Do tych... wariatów w okularach? Do tych, co tańczą do tęczy i jedzą nektar z uśmiechem na pyszczkach? Przecież oni nas wyśmieją! Albo, co gorsza, zaczną nas przytulać!
I, jakkolwiek nieprawdopodobnym się to mogło wydawać, tego dnia Łobuzy po raz pierwszy w historii Lasu zaczęły planować nie zadymę, lecz sojusz.
– Słyszeliście? „Czy ja mogę ci jakoś pomóc, Turbo?”. Przecież ona ledwo odkleiła nogę od jego śluzu, a już chciała dźwigać jego smutek na tych swoich mikroskopijnych plecach.
– To było… to było strasznie nieprofesjonalne z jej strony – pociągnął nosem Ezra, wycierając drżącą łapą oko. – Kto normalny przejmuje się ślimakiem? Przez nią czuję się teraz jak... jak...
– Jak łotr? – dopowiedział Cheddar. – Bo jesteśmy łotrami, Ezra. Miały być kropki, miały być eliksiry. Gangrena obiecała mi maść na bąble w zamian za siedem idealnych „kropek nad i” w magicznej recepturze. Ale teraz, jak sobie pomyślę o biedronce… te bąble jakoś mniej swędzą, za to serce mnie kłuje.
– Przestańcie piszczeć! – fuknęła sowa Słodziuchna, choć jej pióra nie sterczały już tak agresywnie. – Ta mała kropka poleciała prosto w paszczę zguby. A wiemy przecież, że Gangrena ma już jednego więźnia... Jeśli Asia tam wejdzie, zostanie tylko atramentem w jej kałamarzu.
Miś Marcel dziubał swój krawat, który powoli zamieniał się we frędzelki. Spojrzał na swoich kompanów – bandę poobijanych przez los wyrzutków.
– Słuchajcie, bądźmy realistami. Jesteśmy Szajką Łobuzów, a nie armią zbawienia. Sami nie wejdziemy do rezydencji Gangreny. Ona nas zna. Wie, że boimy się jej cienia. Jeśli pójdziemy tam sami, skończymy jako dekoracje na jej ścianach.
– Więc co? Zostawimy ją? – zapytali wszyscy.
– Nie. Zrobimy coś znacznie gorszego. Coś, co zniszczy naszą reputację na lata. Pójdziemy na Bajkową Łąkę.
Wśród Łobuzów zapadła cisza tak głęboka, że słychać było, jak Turbo trawi liść łopianu.
– Na Łąkę? Do tych... wariatów w okularach? Do tych, co tańczą do tęczy i jedzą nektar z uśmiechem na pyszczkach? Przecież oni nas wyśmieją! Albo, co gorsza, zaczną nas przytulać!
I, jakkolwiek nieprawdopodobnym się to mogło wydawać, tego dnia Łobuzy po raz pierwszy w historii Lasu zaczęły planować nie zadymę, lecz sojusz.