Tekst: Bogumił Zając. Ilustracja: Bożena Szczuka.
Panie weterynarzu, ratuj! Kolejny dzień.
Część VI
– Proszę!
Powolnym ruchem do gabinetu wpełzał ślimak, zostawiając za sobą ciągnącą się warstewkę śluzu. Zosia zgrabnie umieściła go na kozetce, ziewając dyskretnie i szybko usuwając nieczystości z podłogi.
– W czym mogę pomóc? – Tomek tradycyjnie rozpoczął wywiad lekarski.
– Chciałbym dostać jakieś leki na poprawę kondycji. Postanowiłem wziąć udział w maratonie.
– No, masz – jęknęła Zosia, nieruchomiejąc z mopem w rękach. – Szybka diagnoza: fiksum-dyrdum.
– Panie ślimaku, to ponad czterdzieści dwa kilometry… – Tomek rozłożył szeroko ręce, obrazując wielką odległość.
– Jestem może powolny, ale nie w myśleniu. Przecież wiem, co to maraton. Ja nie po naukę, tylko po medyczną pomoc.
– Proponuję przyczepić się do zająca. To nada tempa leczeniu – odezwała się pielęgniarka zza parawanu, spodziewając się groźnego wzroku Tomka.
– Ale… ja tu leczę według standardów, nie stosuję dopingu. No, proszę pana, to porządna lecznica. Cudów jednak nie zdziałamy.
– A jakieś sterydy, adrenalina?…
– Tabletki na przeczyszczenie – dobiegło zza parawanu – pogonią każdego.
Ślimak zdezorientowany wodził oczami na słupkach to w stronę dziewczynki, to chłopca.
– Czyli żadnej porady nie otrzymam? Trenuję już od tygodni, mój rekord to pięć metrów w dwadzieścia minut. Co na to nowoczesna medycyna?
– Niech pan nie będzie mięczakiem… – wychyliła głowę Zosia, przewracając oczami.
– Łatwo powiedzieć, jak się urodziło ślimakiem. Wszyscy należymy do typu mięczaków. Rodziny się nie wyprzesz, mamy to w genach.
– To akurat prawda. Mógłbym zalecić dietę ze świeżych owadów, tych mniej tłustych, ograniczenie chrabąszczy, więcej zielonego, nawet wypisać witaminy.
– Wyczuwam, że jest jakieś „ale”? – pacjent wykazał się czujnością.
– Faktem jest, że nie wygrasz maratonu.
– A kto mówi o wygraniu. Chciałbym go jedynie ukończyć. Tylko zanim dojdę do mety, to już dawno będzie po zawodach.
Tomek uśmiechnął się i aż podskoczył. Poprawił fartuch i stetoskop.
– To trzeba było tak od razu. Żadna wiedza medyczna tu niepotrzebna. Liczy się jednak pomoc i nią chętnie służę.
– Zamieniam się w słuch – zaciekawił się pacjent.
– To jest nas już dwóch – wypaliła zaintrygowana Zosia.
– Raczej dwoje – poprawił odruchowo chłopiec. – Zatem, wystarczy, że zaczniesz maraton w jednym roku, przejście zajmie ci dwa do trzech lat.
Ślimak z Zosią spojrzeli po sobie niepewnie. Gdzie tu logika?
– Dojdziesz do mety kolejnego maratonu. Ukończysz bieg, czy też pełzanie i formalnie dostaniesz potwierdzenie. Zostaniesz pierwszym ślimakiem-maratończykiem, czyż nie o to chodzi?
Mięczak schował się na moment w skorupce, a kiedy wystawił ponownie głowę, widać było rozpromienione oblicze.
– Świetny pomysł, fachowa porada. To już nie przeszkadzam… – zamilkł, wpatrując się w twarz Zosi. – Nie, proszę, tylko nie to… – stęknął.
– Ślimak, ślimak, pokaż rogi… – zaczęła, ale wystarczyło, żeby pacjent w ekspresowym jak na niego tempie znalazł się poza gabinetem. – Chyba nie lubi pierogów – wytłumaczyła sobie szybko dziewczynka.
– Festina lente – odezwał się weterynarz.
– Eee… Może jakiś zimny okładzik? – Zosia zbaraniała tylko na moment.
– To znaczy „spiesz się powoli”. I my powinniśmy się powoli pospieszyć, a nawet szybko – wskazał na chmury za oknem.
W tym momencie jakiś hałas w poczekalni poderwał ich na nogi. Ślimak miał być ostatnim pacjentem dzisiaj. Zosia szybko sprawdziła i po chwili weszła do gabinetu razem z koniem, będącym zebrą, czy też zebrą w ciele konia. Jakby nie patrzeć, to ich pierwszy dzisiejszy pacjent wrócił.
– Pomóżcie! – Złożył błagalnie kopyta. – Ja jednak jestem koniem, nie chcę być już zebrą.
– Zosiu, przygotuj wodę, mydło i ręczniki… – urwał, widząc, że asystentka już stoi przebrana i gotowa do wyjścia.
– Medycyna medycyną, ale czasem nie trzeba dyplomów, tylko zdrowy rozsądek. Natura zrobi wszystko za nas. Wystarczy, że koń, to znaczy zebra, postoi chwilę na deszczu. I cała zebrowatość spłynie. A ja wolę jednak nie zmoknąć, czuję się w stu procentach Zosią.
– Co ty na to? – zapytał pacjenta Tomek.
– Co robić, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, biegnę odzyskać swoją koniowatość. I jeszcze raz dziękuję.
Tomek ze zmęczeniem odprowadził wzrokiem pacjenta i podsumował:
– Dobrze, że jutro dzień wolny. Coś czuję, że w środku odnajdę w sobie… leniwca.
Powolnym ruchem do gabinetu wpełzał ślimak, zostawiając za sobą ciągnącą się warstewkę śluzu. Zosia zgrabnie umieściła go na kozetce, ziewając dyskretnie i szybko usuwając nieczystości z podłogi.
– W czym mogę pomóc? – Tomek tradycyjnie rozpoczął wywiad lekarski.
– Chciałbym dostać jakieś leki na poprawę kondycji. Postanowiłem wziąć udział w maratonie.
– No, masz – jęknęła Zosia, nieruchomiejąc z mopem w rękach. – Szybka diagnoza: fiksum-dyrdum.
– Panie ślimaku, to ponad czterdzieści dwa kilometry… – Tomek rozłożył szeroko ręce, obrazując wielką odległość.
– Jestem może powolny, ale nie w myśleniu. Przecież wiem, co to maraton. Ja nie po naukę, tylko po medyczną pomoc.
– Proponuję przyczepić się do zająca. To nada tempa leczeniu – odezwała się pielęgniarka zza parawanu, spodziewając się groźnego wzroku Tomka.
– Ale… ja tu leczę według standardów, nie stosuję dopingu. No, proszę pana, to porządna lecznica. Cudów jednak nie zdziałamy.
– A jakieś sterydy, adrenalina?…
– Tabletki na przeczyszczenie – dobiegło zza parawanu – pogonią każdego.
Ślimak zdezorientowany wodził oczami na słupkach to w stronę dziewczynki, to chłopca.
– Czyli żadnej porady nie otrzymam? Trenuję już od tygodni, mój rekord to pięć metrów w dwadzieścia minut. Co na to nowoczesna medycyna?
– Niech pan nie będzie mięczakiem… – wychyliła głowę Zosia, przewracając oczami.
– Łatwo powiedzieć, jak się urodziło ślimakiem. Wszyscy należymy do typu mięczaków. Rodziny się nie wyprzesz, mamy to w genach.
– To akurat prawda. Mógłbym zalecić dietę ze świeżych owadów, tych mniej tłustych, ograniczenie chrabąszczy, więcej zielonego, nawet wypisać witaminy.
– Wyczuwam, że jest jakieś „ale”? – pacjent wykazał się czujnością.
– Faktem jest, że nie wygrasz maratonu.
– A kto mówi o wygraniu. Chciałbym go jedynie ukończyć. Tylko zanim dojdę do mety, to już dawno będzie po zawodach.
Tomek uśmiechnął się i aż podskoczył. Poprawił fartuch i stetoskop.
– To trzeba było tak od razu. Żadna wiedza medyczna tu niepotrzebna. Liczy się jednak pomoc i nią chętnie służę.
– Zamieniam się w słuch – zaciekawił się pacjent.
– To jest nas już dwóch – wypaliła zaintrygowana Zosia.
– Raczej dwoje – poprawił odruchowo chłopiec. – Zatem, wystarczy, że zaczniesz maraton w jednym roku, przejście zajmie ci dwa do trzech lat.
Ślimak z Zosią spojrzeli po sobie niepewnie. Gdzie tu logika?
– Dojdziesz do mety kolejnego maratonu. Ukończysz bieg, czy też pełzanie i formalnie dostaniesz potwierdzenie. Zostaniesz pierwszym ślimakiem-maratończykiem, czyż nie o to chodzi?
Mięczak schował się na moment w skorupce, a kiedy wystawił ponownie głowę, widać było rozpromienione oblicze.
– Świetny pomysł, fachowa porada. To już nie przeszkadzam… – zamilkł, wpatrując się w twarz Zosi. – Nie, proszę, tylko nie to… – stęknął.
– Ślimak, ślimak, pokaż rogi… – zaczęła, ale wystarczyło, żeby pacjent w ekspresowym jak na niego tempie znalazł się poza gabinetem. – Chyba nie lubi pierogów – wytłumaczyła sobie szybko dziewczynka.
– Festina lente – odezwał się weterynarz.
– Eee… Może jakiś zimny okładzik? – Zosia zbaraniała tylko na moment.
– To znaczy „spiesz się powoli”. I my powinniśmy się powoli pospieszyć, a nawet szybko – wskazał na chmury za oknem.
W tym momencie jakiś hałas w poczekalni poderwał ich na nogi. Ślimak miał być ostatnim pacjentem dzisiaj. Zosia szybko sprawdziła i po chwili weszła do gabinetu razem z koniem, będącym zebrą, czy też zebrą w ciele konia. Jakby nie patrzeć, to ich pierwszy dzisiejszy pacjent wrócił.
– Pomóżcie! – Złożył błagalnie kopyta. – Ja jednak jestem koniem, nie chcę być już zebrą.
– Zosiu, przygotuj wodę, mydło i ręczniki… – urwał, widząc, że asystentka już stoi przebrana i gotowa do wyjścia.
– Medycyna medycyną, ale czasem nie trzeba dyplomów, tylko zdrowy rozsądek. Natura zrobi wszystko za nas. Wystarczy, że koń, to znaczy zebra, postoi chwilę na deszczu. I cała zebrowatość spłynie. A ja wolę jednak nie zmoknąć, czuję się w stu procentach Zosią.
– Co ty na to? – zapytał pacjenta Tomek.
– Co robić, darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, biegnę odzyskać swoją koniowatość. I jeszcze raz dziękuję.
Tomek ze zmęczeniem odprowadził wzrokiem pacjenta i podsumował:
– Dobrze, że jutro dzień wolny. Coś czuję, że w środku odnajdę w sobie… leniwca.