Tekst: Bogumił Zając. Ilustracja: Bożena Szczuka.
Panie weterynarzu, ratuj! Kolejny dzień.
Część V
– Następny, proszę!
Do gabinetu powoli wkroczył mały czarny kret, niezdarnie próbując łapkami wybadać otoczenie. A i tak skończyło się na tym, że Zosia musiała przestawić fotel, bo biedak zderzyłby się z jego nogą.
– Widzę, że do okulisty – oceniła pewnie pielęgniarka. – To się bardzo dobrze składa, pan weterynarz jest świeżo po kursie. A ja chętnie dopomogę w doborze okularów.
– A po co mi niby okulary? – owadożerca stanął słupka niczym zając. – Przecież krety prawie nie widzą, też mi pomysł. W moich tunelach jest ciemno cały czas…
– Aaa… w tunelach! – Zosia plasnęła dłonią w czoło. – Teraz wszystko jasne, ciemno, wilgoć, pewnie korzonki dokuczają?
– Jeśli takie macie tutaj podejście, to kiepsko to widzę… – nie dokończył pacjent, bo do rozmowy wmieszał się Tomek.
– Zosiu, proszę mi tu nie robić kreciej roboty. – Po czym zwrócił się do przybysza. – Co panu dolega? – jak zwykle zadał konkretne pytanie, skubiąc przy tym końcówkę nosa.
– Przyszedłem po zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia.
– A do czego kon…kret…nie będzie potrzebne? – chłopiec podszedł do kreta, wyciągając stetoskop.
– Wygrałem wycieczkę „Szlakiem krakowskich kopców” w ramach programu dla kretów seniorów 3+. Niestety, wymagane jest zaświadczenie o braku przeciwwskazań do przebywania na wysokościach. Lata już swoje mam. Przy problemach z sercem czy anemią nie puszczą.
Tomek przy asyście Zosi sprawnie zbadał pacjenta. Na koniec pogłaskał go po głowie i z zadowoleniem wskoczył za biurko.
– Serce zdrowe, słuch świetny, wzrok… jak to u kreta, łapki mocne. Życzę udanej podróży.
Przybił mocno pieczątkę i z uśmiechem podał druczek pacjentowi.
– Zawsze chciałem zobaczyć największe kopce w Polsce. Nasze krecie to niewielkie, ale krążą pod ziemią legendy, że te gigantyczne w Krakowie zrobili nasi przodkowie – krety olbrzymy.
– No tak, dla ciebie to niczym Himalaje, kondycja potrzebna.
– A i tak pewnie niewiele zobaczysz… – Zosia wyczuła na sobie spojrzenie Tomka i mruknęła – z takiej wysokości, jak będzie krakowski smog.
– To ja już dziękuję! – pacjent pożegnał się i wszedł we framugę drzwi. – O, pardon!
Kiedy zostali sami, Zosia podbiegła do lodówki i z czarującym uśmiechem, pokazując szczerbę po usuniętym mleczaku, tajemniczo zaproponowała:
– Może czas na króciutką przerwę? Mam pyszne ciasto, mama upiekła.
– Chętnie – mlasnął weterynarz, klepiąc się po brzuchu. – A jakie?
– Kopiec kreta!
Do gabinetu powoli wkroczył mały czarny kret, niezdarnie próbując łapkami wybadać otoczenie. A i tak skończyło się na tym, że Zosia musiała przestawić fotel, bo biedak zderzyłby się z jego nogą.
– Widzę, że do okulisty – oceniła pewnie pielęgniarka. – To się bardzo dobrze składa, pan weterynarz jest świeżo po kursie. A ja chętnie dopomogę w doborze okularów.
– A po co mi niby okulary? – owadożerca stanął słupka niczym zając. – Przecież krety prawie nie widzą, też mi pomysł. W moich tunelach jest ciemno cały czas…
– Aaa… w tunelach! – Zosia plasnęła dłonią w czoło. – Teraz wszystko jasne, ciemno, wilgoć, pewnie korzonki dokuczają?
– Jeśli takie macie tutaj podejście, to kiepsko to widzę… – nie dokończył pacjent, bo do rozmowy wmieszał się Tomek.
– Zosiu, proszę mi tu nie robić kreciej roboty. – Po czym zwrócił się do przybysza. – Co panu dolega? – jak zwykle zadał konkretne pytanie, skubiąc przy tym końcówkę nosa.
– Przyszedłem po zaświadczenie lekarskie o stanie zdrowia.
– A do czego kon…kret…nie będzie potrzebne? – chłopiec podszedł do kreta, wyciągając stetoskop.
– Wygrałem wycieczkę „Szlakiem krakowskich kopców” w ramach programu dla kretów seniorów 3+. Niestety, wymagane jest zaświadczenie o braku przeciwwskazań do przebywania na wysokościach. Lata już swoje mam. Przy problemach z sercem czy anemią nie puszczą.
Tomek przy asyście Zosi sprawnie zbadał pacjenta. Na koniec pogłaskał go po głowie i z zadowoleniem wskoczył za biurko.
– Serce zdrowe, słuch świetny, wzrok… jak to u kreta, łapki mocne. Życzę udanej podróży.
Przybił mocno pieczątkę i z uśmiechem podał druczek pacjentowi.
– Zawsze chciałem zobaczyć największe kopce w Polsce. Nasze krecie to niewielkie, ale krążą pod ziemią legendy, że te gigantyczne w Krakowie zrobili nasi przodkowie – krety olbrzymy.
– No tak, dla ciebie to niczym Himalaje, kondycja potrzebna.
– A i tak pewnie niewiele zobaczysz… – Zosia wyczuła na sobie spojrzenie Tomka i mruknęła – z takiej wysokości, jak będzie krakowski smog.
– To ja już dziękuję! – pacjent pożegnał się i wszedł we framugę drzwi. – O, pardon!
Kiedy zostali sami, Zosia podbiegła do lodówki i z czarującym uśmiechem, pokazując szczerbę po usuniętym mleczaku, tajemniczo zaproponowała:
– Może czas na króciutką przerwę? Mam pyszne ciasto, mama upiekła.
– Chętnie – mlasnął weterynarz, klepiąc się po brzuchu. – A jakie?
– Kopiec kreta!