Tekst: Bogumił Zając. Ilustracja: Bożena Szczuka.
Panie weterynarzu, ratuj! Kolejny dzień.
Część I
– Proszę!
Do gabinetu wskoczył zgrabnie koń o brunatnej maści.
– Słucham. W czym mogę pomóc? – zapytał rutynowo Tomek, wstając zza biurka.
Koń wypiął pierś, machnął grzywą i zerknął z ukosa.
– Co widzicie?
Tomek doświadczonym okiem zlustrował zwierzę i szybko ocenił:
– Wygląda, że masz końskie zdrowie.
– Koń, jaki jest, każdy widzi… – wtrąciła swoje trzy grosze Zosia.
– No właśnie! – Pacjent z emocji stanął dęba. – Wszyscy widzą we mnie konia!
– To chyba dobrze. – Zosia dyskretnie nakreśliła na czole kółko, tak żeby tylko Tomek zobaczył.
– Ja też kiedyś widziałem w sobie konia – westchnął zwierz. – Jednak od pewnego czasu czuję, że w środku jestem zebrą, i tylko wyglądam jak koń. I męczy mnie to strasznie. Proszę o pomoc. – Spojrzał błagalnie na małego weterynarza.
– Hmm… – Tomek podrapał się po głowie. – To mi zagwozdka. Jak mówią, za przeproszeniem, koń ma cztery nogi, a też się potknie.
– Zróbcie, co trzeba, ale zmieńcie mnie w zebrę. Koszty nie mają znaczenia, byle szybko.
Tomek usiadł, zrobił piramidkę z dłoni i przez chwilę wpatrywał się w leżące przed nim papiery.
– Tu trzeba by zrobić badania, skonsultować z psychologiem, konieczna by była operacja…
– Ile czasu to zajmie?! – wpadł mu w słowo zniecierpliwiony pacjent.
– Biorąc pod uwagę terminy do psychologa, czas działania leków…
– ILE?!
– Dwa, może trzy lata.
Pod koniem ugięły się nogi. Zosia natychmiast pospieszyła z solami trzeźwiącymi, ale zwierzę usiadło na wielkim zadzie i westchnęło:
– Nie da się jakoś… przyspieszyć?
Tomek już otwierał usta, ale asystentka była szybsza.
– Pewnie, że się da! – ożywiła się Zosia.
Jednocześnie skierowali wzrok na obrotną pielęgniarkę. Koń patrzył z nadzieją, weterynarz wybałuszał oczy ze zdziwienia.
– Panie doktorze, pacjent najpierw powinien poczuć, jak to jest być zebrą, żeby mógł łatwiej podjąć ostateczną decyzję, czyż nie? – mrugnęła porozumiewawczo w stronę Tomka. Ten od razu zrozumiał, że jest w tym jakiś plan.
– Ależ oczywiście, tak, tak – potakiwał.
– Zatem idę po farby i działamy.
Wtedy wszystko stało się jasne. Zosia przyniosła tornister, wyciągnęła farby akwarelowe i z zapałem wspólnie z Tomkiem zabrali się do pracy. Dziewczynka malowała na biało, chłopiec na czarno.
Brunatna sierść konia szybko zmieniła się w pasiaste umaszczenie typowe dla zebry.
Pacjent zerknął do lustra i nie mógł wyjść z podziwu.
– Rewelacja! Już czuję się i wyglądam jak zebra. Co ja mówię, jestem zebrą! Dziękuję!
Ledwo to powiedział, zatrzasnęły się za nim drzwi.
– Uff… No, to na chwilę sprawa załatwiona – odetchnęła Zosia. – Mam nadzieję, że jak wróci, nie poczuje, że w środku jest motylem. Nie mam tyle kolorowych farbek – Zosia wykrzywiła twarz, szczerząc zęby.
– Koń by się uśmiał – skwitował Tomek. – Nawet będący w środku zebrą.
Do gabinetu wskoczył zgrabnie koń o brunatnej maści.
– Słucham. W czym mogę pomóc? – zapytał rutynowo Tomek, wstając zza biurka.
Koń wypiął pierś, machnął grzywą i zerknął z ukosa.
– Co widzicie?
Tomek doświadczonym okiem zlustrował zwierzę i szybko ocenił:
– Wygląda, że masz końskie zdrowie.
– Koń, jaki jest, każdy widzi… – wtrąciła swoje trzy grosze Zosia.
– No właśnie! – Pacjent z emocji stanął dęba. – Wszyscy widzą we mnie konia!
– To chyba dobrze. – Zosia dyskretnie nakreśliła na czole kółko, tak żeby tylko Tomek zobaczył.
– Ja też kiedyś widziałem w sobie konia – westchnął zwierz. – Jednak od pewnego czasu czuję, że w środku jestem zebrą, i tylko wyglądam jak koń. I męczy mnie to strasznie. Proszę o pomoc. – Spojrzał błagalnie na małego weterynarza.
– Hmm… – Tomek podrapał się po głowie. – To mi zagwozdka. Jak mówią, za przeproszeniem, koń ma cztery nogi, a też się potknie.
– Zróbcie, co trzeba, ale zmieńcie mnie w zebrę. Koszty nie mają znaczenia, byle szybko.
Tomek usiadł, zrobił piramidkę z dłoni i przez chwilę wpatrywał się w leżące przed nim papiery.
– Tu trzeba by zrobić badania, skonsultować z psychologiem, konieczna by była operacja…
– Ile czasu to zajmie?! – wpadł mu w słowo zniecierpliwiony pacjent.
– Biorąc pod uwagę terminy do psychologa, czas działania leków…
– ILE?!
– Dwa, może trzy lata.
Pod koniem ugięły się nogi. Zosia natychmiast pospieszyła z solami trzeźwiącymi, ale zwierzę usiadło na wielkim zadzie i westchnęło:
– Nie da się jakoś… przyspieszyć?
Tomek już otwierał usta, ale asystentka była szybsza.
– Pewnie, że się da! – ożywiła się Zosia.
Jednocześnie skierowali wzrok na obrotną pielęgniarkę. Koń patrzył z nadzieją, weterynarz wybałuszał oczy ze zdziwienia.
– Panie doktorze, pacjent najpierw powinien poczuć, jak to jest być zebrą, żeby mógł łatwiej podjąć ostateczną decyzję, czyż nie? – mrugnęła porozumiewawczo w stronę Tomka. Ten od razu zrozumiał, że jest w tym jakiś plan.
– Ależ oczywiście, tak, tak – potakiwał.
– Zatem idę po farby i działamy.
Wtedy wszystko stało się jasne. Zosia przyniosła tornister, wyciągnęła farby akwarelowe i z zapałem wspólnie z Tomkiem zabrali się do pracy. Dziewczynka malowała na biało, chłopiec na czarno.
Brunatna sierść konia szybko zmieniła się w pasiaste umaszczenie typowe dla zebry.
Pacjent zerknął do lustra i nie mógł wyjść z podziwu.
– Rewelacja! Już czuję się i wyglądam jak zebra. Co ja mówię, jestem zebrą! Dziękuję!
Ledwo to powiedział, zatrzasnęły się za nim drzwi.
– Uff… No, to na chwilę sprawa załatwiona – odetchnęła Zosia. – Mam nadzieję, że jak wróci, nie poczuje, że w środku jest motylem. Nie mam tyle kolorowych farbek – Zosia wykrzywiła twarz, szczerząc zęby.
– Koń by się uśmiał – skwitował Tomek. – Nawet będący w środku zebrą.